W zaułkach starego miasta

Z Ko Phi Phi do Phuket Town droga przebiegła całkiem szybko i bez kolejnych zawirowań. Po drodze odkryliśmy, że jednak można być bardziej niż my nieogarniętym w dojeździe na lotnisko, ponieważ Państwo płynęli promem do Phuket Town, który miał dopłynąć ok. 15.50 (a był nieco opóźniony), a lot z miejsca oddalonego o jakieś 50 minut (przy dobrych wiatrach) mieli o godzinie 18. Powodzenia.

Ruchliwa ulica, kolonialna zabudowa i prawie nie widać chodnika, czyli Phuket Town

Phuket Town to całkiem ciekawe miasto, zachwycające sino-portugalską zabudową starego miasta i zaskakujące małą ilością chodników w centrum. Dodatkowa ciekawostka to to, że światła na dużych skrzyżowaniach, owszem, są, ale tylko dla samochodów. A ty jak chcesz przejść to musisz szybko się orientować czy ci, którzy mają zielone na prostopadłej ulicy będą skręcać, żeby cię zabić czy jednak nie (żeby nie było łatwiej to ruch jest lewostronny i nigdy nie wiadomo gdzie patrzeć)… Wybraliśmy się tam głównie z powodu ulicznego marketu, który odbywa się w każdą sobotę i niedzielę od 16 do 21 wzdłuż głównej ulicy starego miasta.

Wejście na market

Klimat tego eventu przywodzi na myśl londyńskie Camden Town. Szliśmy wieczorem wśród tłumu ludzi i nie wiedzieliśmy co najpierw zobaczyć. Lokalne jedzenie, rękodzieło, zespoły grające co jakieś 50 metrów, niektóre nawet całkiem fajnie. Był też facet sprzedający płyty. I to nie byle jakie – w pięknych kserowanych czarno-białych okładkach. Świetne rockowe kapele, prawie się skusiliśmy… :). Jeden pan z kolei oferował słuchawki jakościowo nieodbiegające od tych rozdawanych w samolotach za darmo. Była rodzina z dziećmi, która wystawiała na sprzedaż obrazy namalowane przez swoje kilkuletnie pociechy. Co tu dużo mówić – całkiem ciekawe.

Najpopularniejszy zespół na markecie. Laska miała głos!

Mydło i powidło

Spędziliśmy tam dwie godziny i to było mało. Zjedliśmy tradycyjne chińskie przekąski Dim sum z wieprzowiną (bardzo dobre!), wypiliśmy sok prosto z kokosa, potargowaliśmy się o kilka rzeczy (można się domyślić, kto się targował) i teraz zostały już wspomnienia i pamiątki 🙂

Dim sum

Gdzie jest Wally?

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy następnego (ostatniego!) dnia oddali się relaksowi. Co to, to nie! Trzeba było wstać o 6.30, żeby już o 7.15 złapać busa, który zawiózł nas do parku linowego FLYING HANUMAN. Platformy tego parku znajdują się około 40 metrów nad ziemią i jest tam aż 15 tyrolek w tym jedna 400-metrowa! Jako że był to mój pierwszy wypad do parku linowego można sobie wyobrazić, że byłam bardzo zrelaksowana. 5 tyrolek później miałam już wypracowany system, że nie można wszystkiego zbytnio analizować, trzeba patrzeć na platformę docelową, myśleć o tym, żeby trzymać się uprzęży i w żadnym wypadku nie patrzeć w dół. I jakoś szło dopóki cała grupa nie zaczęła mieć beki z moich komentarzy stresowych i pan przewodnik zaczął mnie zagadywać i wybrał jako kolejną osobę do zrobienia tzw. flying hanumana. Wyglądało to mniej więcej tak:

źródło: flyinghanuman.com

Ale przeżyłam, Bartek też chociaż prawie umarł ze śmiechu, że ma taką tchórzliwą żonę :D.

Po porannych przeżyciach zafundowaliśmy sobie kolejne pierwsze w życiu doświadczenie masażowe. Ja wybrałam masaż Od stóp do głów, a biedny poparzony słońcem Bary After sun therapy. Teraz po tym peelingu i nawilżeniu aloesowym wygląda jakby zmieniał skórę na karku i lewej ręce. Było ciekawie, pani, która mnie masowała śmieszna i ogólnie bardzo polecamy.

Po masażu w Kim’s Massage. Jak widać – relaks pełną gębą 🙂

Tym pozytywnym akcentem i szybką podróżą lokalnym autobusem zakończyliśmy naszą tegoroczną przygodę z Tajlandią. Jesteśmy pewni, że tu jeszcze wrócimy, bo jeszcze kawał lądu tutaj nam został do odkrycia! Okazuje się, że osiem dni to zdecydowanie zbyt mało na wycieczkę do Azji 🙂 A teraz jak już przyzwyczailiśmy się do warunków transportu, targowania i wyrzucania papieru toaletowego do śmietnika zamiast do toalety (czasem jeszcze zapominam…) to możemy bez większych stresów dalej eksplorować ten piękny kontynent.

A może warto odkryć jeszcze inny…?

Tak czy siak pewnie niedługo się usłyszymy! 🙂

Zostaw wiadomość

1 Komentarz on "W zaułkach starego miasta"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
LiGre
Gość
LiGre

Azja Express Family 🙂

wpDiscuz
Bitnami