Smaki tajskiej wyspy

Nasza podróż z Khao Sok do Krabi była kolejnym świetnym przykładem tajskiej logistyki. Zamówiliśmy transport oferowany przez nasz hotel OUR JUNGLE HOUSE. Dostaliśmy dwie propozycje: 16-20.30, czyli 4 godziny ciągiem w busiku, czy też 18-20.30 prosto pod hotel w Krabi, na co oczywiście przystaliśmy.

Okazało się, że Edi i Tomek również jadą tym busem, bo jedzie on również do Ao Nang. Byliśmy nieco zdziwieni, no ale tutaj wszystko jest możliwe. Wyruszyliśmy prawie o czasie. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu. Na dworze ciemno, drzwi otwiera mała krzycząca kobieta.

K: Dżangul hałs? A dżangul hałs?

B i jakiś mężczyzna: Tak

K: Tri Hałs tu?

B: Słucham?

K: Tri Hałs tu? A dżangul hałs?

B: Nie, nasz domek to Sunshine

K: Wysiadać

Bary wysiadł, mężczyzna wysiadł, a kobieta dalej niezrozumiale do nas krzyczy. Nikt nie wie co się dzieje, za oknem nic nie widać, wszyscy zdziwieni i nikt się z nią nie może dogadać. W końcu trafiła w czyjąś nazwę hotelu i domku i potem już poszło jak z płatka. Znaczy… prawie. Każdy dostał po kopercie w której był bilet, ale jeszcze trzeba było pani powiedzieć nazwę swojego hotelu. Nie było to łatwe, ale po jakiś 40 minutach się udało. Czyli obsuwa na starcie.

Jedziemy, jedziemy, kierowca szarpie, próbujemy się zdrzemnąć, nagle PIIIIIIIIPIIIIIIIIII!!!! Pisk niemiłosierny, wwierca się w mózg. O co chodzi? Nagle ucicha. I znowu. Po kilku takich irytujących pobudkach zorientowaliśmy się, że jest to czujnik prędkości dla kierowcy. No okej, jak mamy dzięki temu przeżyć, to mogę się przyzwyczaić.

Cel naszej podróży – Krabi

Powtórka z rozrywki, znowu przystanek w ciemnościach na stacji benzynowej. Kierowca mówi, że ten minutes. No, okej. Za chwilę wracamy a drugi bus, który od momentu kontroli biletów przez Krzyczącą Kobietę jechał za nami, stoi obok naszego, a wszyscy pasażerowie stoją na zewnątrz, niektórzy z walizkami. O co chodzi?

Kierowca (dotyka jednego busa): Krabi; (drugiego busa): Ao Nang

E (do Tomka): O co chodzi?

Tomek: Najwyraźniej wszyscy, którzy jadą do Krabi mają wsiąść do jednego autobusu, a do Ao Nang do drugiego.

E: Okej, ale mamy milion opóźnienia, czemu nie zrobili tego na przystanku z biletami?

T (do kierowcy, po angielsku): Przepraszam, dlaczego nie zmieniliśmy busów na samym początku?

K (pokazuje): Krabi… Ao Nang

T: Ale dlaczego musimy się przesiadać w jakimś dziwnym miejscu a nie zrobiliśmy tego na początku?

K: Krabi? Ao Nang? Ao Nang?

T:…aha, no dzięki.

Więc musieliśmy się przesiąść, rozstać z ziomkami z Polski i pojechaliśmy dalej. Trochę rozespani, lekko źli, ale w myślach mieliśmy, że okej, podwiezie nas pod hotel. Ale za chwilę kierowca znów zapytał nas gdzie jedziemy! Chociaż podaliśmy to jednemu kierowcy, Krzyczącej Kobiecie (ze dwa razy), ale okej.

Dojechaliśmy, jesteśmy mniej więcej w centrum patrząc po zabudowaniach, wysiadamy. Pan podał nam bagaże, pożegnaliśmy się z towarzyszami podróży, z uśmiechami na twarzy zakładamy plecaki, odwracamy się… To nie ten hotel. Chcę krzyknąć za kierowcą, ale zaskakująco już odjechał.

Nie było innego wyjścia jak zacisnąć zęby i po prostu dojść do naszego celu. Ale co się nadenerwowałam to moje.

Siłacze plus sygnalizacja świetlna. Oryginalnie.

W Krabi spędziliśmy przedpołudnie na zakupach w regionalnych sklepach, ucząc się jak najlepiej mówić po angielsku, żeby zostać zrozumianym i opędzając się od taksówkarzy i łodziarzy. Okazało się, że żeby cię ludzie zrozumieli należy budować równoważniki zdań z jak najprostszymi słowami, a kiedy chcesz, żeby jakiś naciągacz się odczepił musisz zacząć z nim uprzejmą rozmowę, najprawdopodobniej w końcu nie będzie wiedział co powiedzieć.

Szybka wizyta w świątyni buddyjskiej. Całkiem ładnie się prezentowała.

Z Krabi przepłynęliśmy do Ko Phi Phi promem i jesteśmy w naszym kolejnym punkcie wycieczki! Wysiadamy w portowej wiosce, gorąco, tłoczno i znowu krzyczą. Po kolejnych negocjacjach z łodziarzo-taksówkarzem dotarliśmy do naszego hotelu. Negocjacje były konieczne, bo Ko Phi Phi to wyspa bez ruchu samochodowego, a wszelki transport odbywa się na łodzi, więc ceny jak się można domyślić – wysokie (1200 THB za łódź, nam się udało za 1000; wracając okazało się, że prywatny transport z naszego hotelu to 900 i, że nawet funkcjonuje tu odpowiednik publicznego transportu, który kosztuje tylko 200 THB i niestety nie jest za bardzo skomunikowany z promami…).

Łodziotaksówki w Ko Phi Phi

Nasz nocleg ulokowany był w północnej części wyspy z dostępem do jednej długiej piaszczystej plaży, wzdłuż której rozciągała się cała lokalna zabudowa – trzy knajpy, cztery resorty i ich restauracje. Niedużo, ale przez to całkiem spokojnie i domowo. Dzieci bawiące się na plaży, spacerujący i snorkellujący turyści, trochę łodzi. W sam raz na wypoczynek.

Plaża główna

Zrobiliśmy kilka spacerów po resorcie, odkryliśmy tzw. prywatną plażę naszego hotelu, która wyglądała jak kamienna pustynia i trochę śmieci, ale miała bardzo ładny widok na dwie mniejsze wysepki niedaleko i weszliśmy na chwilę na drogę w głąb wyspy. Oczywiście jak można się domyślić ze względu na jej dzikość i brak jakichkolwiek ludzi wywnioskowałam, że na pewno zapoluje tam na nas jakaś pantera i zarządziłam szybki odwrót, ku wielkiemu niezadowoleniu mojego męża.

Plaża prywatna

„Ścieżka śmierci”

Oddaliśmy się również dalszej degustacji kuchni tajskiej i w końcu znaleźliśmy coś co nam zrzuciło czapki z głów… czy coś. Mianowicie: Pad Thai mi, a krab jako najlepszy owoc morza Baremu. Spring Rolls jako przystawka okazały się również niczego sobie. A to wszystko takie pyszne w knajpie MALEE SEAFOOD.

Spring Rolls – coś w rodzaju ciasta naleśnikowego z nadzieniem makaronikowo-warzywnym

Pierwszy w życiu krab Barego. Podany z curry powder, cebulką i szczypiorkiem

Pad Thai z krewetkami – makaron chyba ryżowy, kiełki, szczypiorek, cebulka, curry powder.

Głównym celem naszego pobytu na tę wyspę był snorkelling, który można tam uprawiać dwojako: zwiedzać rafę niedaleko plaży, do której podczas przypływu trzeba jakieś 3 minuty wpław dopłynąć, a podczas odpływu można do niej dojść; lub wykupić wycieczkę łodzią na okoliczne wyspy i tam prosto z nich wskoczyć do wody i podziwiać podwodne życie. Ze względu na długość naszego pobytu (niewielka), zdecydowaliśmy na wypady z plaży. Rafa bardzo ciekawa, zobaczyliśmy więcej gatunków koralowców, jeżowce i dużo ryb. Drugiego dnia właściwie płynęliśmy w środku dwóch stadek małych rybek, które były bardzo nami zaciekawione. Cudownie! Niestety były też jakieś niewidoczne parzydełka, jak to je Bartek nazwał, które od czasu do czasu dostarczały nam dziwnych szczypiących punktów w różnych nietypowych miejscach np. łokieć.

Taksówkołodzie (longboat’y) na plaży przy resorcie

W przerwie od snorkellingu graliśmy z Bartkiem w kalambury na piasku, kategoria: przysłowia i powiedzenia.

*Ewa rysuje*

B: Hmm… jakieś kółka, gwiazdki serduszka… nie wiem. A to drugie to wiatrak.

Wiatrak… No dobra, ale nie wiem co to pierwsze, jakaś podpowiedź?

*E rysuje*

B: Choinka. Święta? Piernik…? A, no dobra piernik.

B: Idzie piernik z wiatrakiem. Nie? Piernik wiatrakowi nierówny? Ale czemu ta choinka?

B: Piernik to nie wiatrak! Aha, no znak zapytania, to będzie… Piernik to nie wiatrak, czyż nie?

Jeśli się jeszcze nie domyśliliście to hasło brzmiało „Co ma piernik do wiatraka?”

Po półtorej dnia na wyspie Ko Phi Phi, wracamy na tę pierwszą, czyli Phuket, na nasze ostatnie intensywne półtorej dnia i wracamy do domu, do Kici 🙂

Zachód słońca na Ko Phi Phi

Zostaw wiadomość

3 Komentarze on "Smaki tajskiej wyspy"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
Pakery
Gość
Pakery

Trochę stresu jest potrzebne, żeby później docenić odpoczynek 😉 ścieżka śmierci wygląda zachęcająco 😉 zachód słońca genialny! przyznać się, kto ma takie zdolności?

Błażej
Admin

No właśnie ja chciałem iść dalej… Ale cóż :p a akurat zdjęcie zachodu ja robiłem, dzięki 🙂

Olga
Gość
Olga

piernik to nie wiatrak ❤️

wpDiscuz
Bitnami