Welcome to the jungle!

To dopiero było coś! O ile wizyta w Phuket Elephant Sanctuary to było MUST-SEE Ewy, o tyle dla mnie takim punktem podróży była dżungla.

Dojazd wspomnianym autobusem był bardzo przyjemny, ale Khao Sok przywitało nas burzą i ulewą, więc zostaliśmy zmuszeni do skorzystania z oferty pana werbującego ludzi z autobusu do taksówki. Prawie 4-kilometrowa droga doprowadziła nas do celu! I już zrobiło się ciekawie. Sama recepcja otoczona była bujną roślinnością i tak też było przez całą drogę do naszego domku na drzewie. A domek.. sami zobaczcie 🙂

Domek na drzewie.

Nam tam się podobał, można czasem było w środku spotkać jakichś nowych kolegów.

Dziki lokator.

Najgorsze jednak było to, że do rana padało. Dlatego postanowiliśmy odpuścić wieczorną wyprawę do dżungli tym bardziej, że już o 8:30 wyjeżdżaliśmy na 1,5 dniową wycieczkę z noclegiem nad jezioro Cheow Lan Lake. A jak się po powrocie okazało z tarasu można byłoby chociażby pooglądać małpy.

Makak spożywa.

No trudno, na szczęście deszcz nie przeszkadzał w próbowaniu kolejnych pysznych tajskich dań, tym razem najbardziej zasmakowały nam noodle z zupą curry na bazie mleczka kokosowego i ze świeżymi warzywami.

Zupa była taka ostra, że ten sos chilli nie był w ogóle potrzebny..

Jak się spało w dżungli na drzewie? Jak dla mnie ekstra! Padający deszcz, głośne cykady i różne inne odgłosy dżungli potrafią człowieka naprawdę zrelaksować, ale nie każdego… Ewa trochę się bała, że w nocy odwiedzi nas wielki pająk czy też skorpion, bo jest ich tu niemało.

No ale wróćmy do wycieczki nad jezioro, jako że to był główny cel wyprawy. Cheow Lan Lake to sztuczne jeziorko, jakoś ok. 1984 roku Tajowie wysiedlili ludzi, wyłapali największe zwierzęta i zbudowali tamę, by chwilę później cieszyć się super wielkim (i pięknym) jeziorkiem. Z wysiedleńców wylosowali kilka osób, które mogły zbudować wodne bungalow i robić biznes, a oprócz tego wykorzystali wodę do produkcji prądu, który między innymi sprzedają do Malezji. Całkiem sprytnie. Zarobek na prądzie i turystyce, trochę win win.

Widok na jezioro z domku na wodzie.

 

Do portu i bram parku narodowego zarazem dojechaliśmy ok. 10 rano. Stąd mieliśmy 40-kilometrową wycieczkę long boatem do naszego wodnego bungalow. Od początku było super, widoki świetne i towarzystwo też 🙂 Na śniadaniu poznaliśmy fajną parę z Polski i trochę się czuliśmy jakbyśmy razem się zgadali na wspólny wyjazd.

A na miejscu było tak!

Domki na wodzie w dżungli.

Kajak przed domkiem.

Warunki bardzo skromne, ale i o to chodziło, w końcu jesteśmy w środku dżungli. Materace na ziemi w domkach i wspólne łazienki z latającymi w środku pszczołobodobnymi osami i wielkimi muchami. No i kajaczki przed domkami jakby ktoś chciał sobie popływać. Okazuje się, że domki są na wodzie głównie ze względu bezpieczeństwa, bo w pobliżu ponoć pełno jadowitych węży, małp, pająków, dzików, a i można też spotkać niedźwiedzie, czarne pantery i rzadziej nawet tygrysy!

Wodny domek od środka.

Toaleta w tle.

Wieczorne oglądanie gwiazd.

Co tam w ogóle robiliśmy? Plan był taki: lunch, trochę czasu wolnego,  piesza wycieczka do dżungli na wodospad, wodne safari, kolacja, a drugiego dnia wodne safari o 7 rano, śniadanie, czas wolny, lunch i powrót. Całkiem intensywnie, ale trzeba przyznać, że to był dobry plan i czasu wolnego było wystarczająco. Chociaż było tak fajnie, że chciałoby się zostać dłużej…

Ryba na kolację.

W zależności od warunków pogodowych Our Jungle House wybiera wycieczkę w dżungli: trekking na punkt widokowy lub na wodospad. Cały taki dwudniowy wypad można też zabookować u kogoś innego, bo pomimo tego, że Khao Sok to mała wioska przy dżungli, to głównie żyje z turystyki, więc ofert wycieczkowych nie brakuje. Do tego stopnia, że można wynająć prywatnego przewodnika, zabrać ze sobą tylko hamak i maczetę i pójść do dżungli na kilka dni…! To chyba moja nowa pozycja na liście rzeczy do zrobienia 😀

Wyprawa na wodospad.. zawsze myślałem, że w dżungli to jest bardzo gęsto, idzie się w wysokich butach i ciężko jakkolwiek przejść, ale nie wiedzieć czemu akurat tę wyprawę wyobrażałem sobie jako wydeptaną drogę dla turystów, którą dotrzemy na jakieś wzgórze przy wodospadzie.. Otóż nie! To była 2-godzinna wycieczka przez wodospad do jego końca i z powrotem! W sandałach… No, więc było bardzo ciekawie! I w końcu udało mi się pohuśtać na lianie!!! Ale ekstra!!!

Z Edi i Tomkiem w dżungli.

Roślinność naprawdę była bujna, a po drodze dowiedzieliśmy się kilka ciekawostek, między innymi jak odróżnić niebezpiecznie i toksyczne rośliny od tych drugich. Sama droga przez wodospad też bardzo przyjemna, bo woda chłodniejsza od tej w jeziorze (gdzie jest jakieś 28 stopni), a i kamienie wbrew pozorom nie były śliskie. Na naszą około 12-osobową grupę nikomu nic się nie stało, więc było bezpiecznie 🙂 Można mieć jedynie lekki niedosyt odnośnie napotkanych zwierząt, bo oprócz komarów, to za bardzo nic innego nie widzieliśmy, czy to dlatego, że trasa często uczęszczana, czy to też taki typ dżungli? Ciężko powiedzieć, być może jedno i drugie. Ale tak czy siak bardzo nam się podobało, chociaż wyobrażam sobie minę Ewy jakbym sam jej zaproponował szlak przez wodę w dżungli 😀 Ale z racji tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia na pewno będziemy musieli wrócić do dżungli na dłuższą wyprawę!

Szukam pająków w drzewie.

Przewodnik też był dobrym żartownisiem i powiedział nam, że on ze zwierząt to najbardziej boi się nie tygrysów, niedźwiedzi, panter, wężów czy pająków… tylko psów! Bo one jedyne jak widzą człowieka to do niego idą, nie to co dzikie zwierzęta! No i do tego mogą ugryźć!

Ed wypatruje małp.

Zarówno późnopopołudniowe jak i poranne safari polegało głównie na pływaniu od wysepki do wysepki i wypatrywaniu różnych gatunków małp i obserwacji co one tam robią na drzewach. Małp nie było aż tak dużo, ale trochę ich widzieliśmy 🙂

Wczesnym rankiem.

Gibony – duży i mały!

Langur. Te małe wyspy są całym światem tych małpek, bo nie potrafią pływać.

Makak.

Z innych atrakcji trzeba przyznać, że fajnie się kajakowało i skakało do wody, aczkolwiek to chyba najbardziej niebezpieczna część wyjazdu do dżungli, bo mimo używania co chwilę kremu 50-tki i tak się spaliłem i to prawie wszędzie.

Spalanie skóry w trakcie.

Chowam się przed słońcem.

Ewa zadowolona z pobytu w dżungli 🙂

No cóż, spaleni słońcem wróciliśmy na kilka godzin do miejsca noclegowego na obiad i o 18 wyruszyliśmy w dalszą podróż. Gdzie teraz? Kierunek Krabi!

Zostaw wiadomość

3 Komentarze on "Welcome to the jungle!"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
LiGre
Gość
LiGre

A u Nas tak szaro i ponuro.Przyjdzie przywyknąć do tak pięknych widoków- antydepresantów..

Pakery
Gość
Pakery

Domek na drzewie to spełnienie dziecięcych marzeń przecież! nie mogę sobie tylko przypomnieć, czy kiedyś marzyłam o gekonie… 😉 a u Was to domek na drzewie, tu domek na wodzie. co tylko chcesz! jakiś hardcore z tym wodospadem. czy Wy mieliście tam wchodzić w sandałach? czy tak wyszło? 🙂

Ewka
Gość
Ewka

Haha, no ja też nic tam w marzeniach o dzikich lokatorach nie miałam :D. Tak wyszło, ale w sumie dobrze, bo w trampkach bym się chyba na sam dół zsunęła… I szybciej schną 😀

wpDiscuz
Bitnami