A może by tak Tajlandia?

Nasze wielkie odliczanie dobiegło końca już kilka miesięcy temu i w końcu zmieniliśmy mieszkanie i jest super, ale teraz nie o tym chciałam… Na Szwajcarię jeszcze przyjdzie czas!

Z okazji wielu zmian życiowych i naszej pracowitości wymyśliliśmy, że zasłużyliśmy sobie na mały wypoczynek. A z racji tego, że zastał nasz listopad i w domu zimno, ponuro i czasem leje, cel musiał być bardzo gorrący. I padło na Tajlandię.

Pakowanko!

Wycieczkę zaczęliśmy typowym dla nas prawie spóźnieniem. Najpierw prawie spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy podbiegać z 12-to kilogramowymi plecakami pod górę, do stacji. A potem zaskakująco prawie na samolot. I jeszcze jakby spóźnianie się na pociąg przemknęło nam przez myśl, że no… będzie ciężko, to samolot miał być na tzw. luziku. No, nie był. Dojechaliśmy spokojnie do stacji FLUGHAFEN, poszliśmy spacerkiem wypłacić pieniądze i skierowaliśmy się do stanowiska nadawania bagażu. Pierwszym, co nas zaskoczyło była panująca tam prawie całkowita pustka. Potem zagadał do nas pan ochroniarz, mówiąc:

„Proszę się pospieszyć, są państwo ostatni i już zamykamy nadawanie bagażu”

Mówimy do siebie, o co chodzi, przecież jeszcze milion godzin czasu.

Pani na Stanowisku Nadania Bagażu: Nieźle spóźnieni, co?

E: Hehe

B: Sorry

w głowie Kobieto, o co ci chodzi?

(…)

PnSNB: Boarding kończymy 20 minut przed odlotem, więc powinniście się mocno pospieszyć, bo bramki są daleko stąd!

 

odchodzimy

 

E: Jeny, o co jej chodzi, przecież spokojnie się wyrobimy. Ile nam zostało do odlotu?

B: Godzina. Nie wiem zupełnie jaki jest problem, przecież to nie lotnisko w Dubaju, żebyśmy musieli metrem dojechać.

Otóż, musieliśmy. Żeby dostać się do bramek E należało przejechać kilka minut wewnętrznym lotniskowym metrem. No to się zdziwiliśmy.

I zaczęły się stresy. O kurde, a tak serio może nie zdążymy? Co my mieliśmy w głowie? Matko Kochano…Dobiegamy zdyszani do bramek. Widzimy pustkę przed wejściem i tylko jedną panią patrzącą w naszym kierunku. Rzucamy się do niej chcąc błagać o wpuszczenie na pokład, na co pani spokojnie:

„Proszę sobie usiąść, boarding się jeszcze nie zaczął.”

Dziękuję, dobranoc.

Zurych żegna nas deszczem

Ale przygoda, przygoda! Po przesiadce na lotnisku w Katarze i mega męczącym drugim locie dotarliśmy do Phuket (teraz jesteśmy tylko 6h do przodu względem Polski). A tutaj… niespodzianka. Spodziewaliśmy się lotniska w pewnej mierze przypominającego lotnisko w Colombo, a tutaj zupełnie inaczej, jakoś bardziej europejsko. Nawet ludzie, których napotykamy to w 70% turyści. Na Sri Lance, proporcje były zupełnie odwrotne.

Po wyjściu z lotniska ze strefy przylotów, w momencie kiedy mieliśmy zacząć rozglądać się za autobusem, Ewa B. przypomniała sobie, że w toalecie przed odprawą celną zostawiła swój ulubiony apaszko-szaliczek w słonie ze Sri Lanki. Płacz i zgrzytanie zębów. Na tym miało się skończyć, gdyby Bary nie zasugerował, żeby zapytać ochrony czy mnie nie wpuszczą z powrotem tylko po to.

E: No co ty, przecież, że mnie nie wpuszczą, widzisz, że Restricted Area.

B: No ale co ci szkodzi zapytać, przecież może to nie problem.

E: Na pewno problem! Przecież przeszliśmy przez odprawę celną, nie ma szansy, że mnie przepuszczą.

B: No mogłabyś spróbować.

E: No dobra, spróbuję.

Pan Ochroniarz: Oczywiście to nie problem, pójdzie pani ze mną tym przejściem dla personelu i pomogę pani zlokalizować zgubę!

E: ….

I sytuacja skończyła się niespodzianie miło.

Złapaliśmy bez trudu minibusa pełnego turystów, jadącego do naszej kolejnej destynacji: KATA BEACH! Siedzieliśmy z Barym na dwóch bardzo wygodnych siedzeniach, które technicznie rzecz biorąc były w bagażniku. No, ale dojechaliśmy, pan podwiózł nas pod hotel z jedynie pół godzinną przerwą na stanie w korku…

To my w bagażniku w minibusie

Ruch drogowy – lewostronny, więc chwilę mi zajęło przyzwyczajenie się do tego. Na początku miałam wrażenie, że kierowca jest wariatem, który chce nas wszystkich zabić. Bardzo dużo ludzi (i czasem nawet psów!) na skuterach, którzy tak szybciutko i niezauważenie wciskali się między auta, że byłam pewna, że ich dusza zaraz odejdzie do wieczności. Chwała Bogu, wszyscy oni mają w tym chyba jakieś stuletnie doświadczenie albo wrodzony instynkt Zuchwałego Kierowcy Skutera.

W drodze do Kata Beach minęliśmy miasteczko Patong, które podobnież jest największą imprezownią w Phuket (ciekawe, akurat wszyscy z naszego minibusa tam wysiedli i jechaliśmy sami z kierowcą do Kata Beach…) . Można tam m.in. odwiedzić kluby go-go, podziwiać występy tzw. Ladyboy’ów (chłopców ubranych, umalowanych i w ogóle wyglądających jak kobiety) potańczyć czy też ewentualnie zaaplikować sobie jakiegoś grzybka halucynka. Co kto lubi.

Krajobraz Tajlandii, który jak dotąd mieliśmy okazję podziwiać odbiega nieco od przyrody i zabudowy Sri Lanki. Miasteczka są większe, zabudowa gęstsza, roślinność bujniejsza i przede wszystkim: DUŻO WIĘCEJ LUDZI, głównie turystów (z których przeważającą większość stanowią Rosjanie; tutaj, w Kata, nawet niektóre napisy są w cyrylicy lub szyldy „rosyjskie jedzenie”). Jest gorąco i bardzo wilgotno. Nam pasuje. Jak na razie, bo obawiam się, że mikroklimat w dżungli mnie wykończy.

Kablowa dżungla, czyli przeciętna tajska ulica

Plaża w Kata pełna turystów

Jesteśmy tutaj tylko jeden dzień (wg teraźniejszego planu), więc pomimo zmęczenia, postaraliśmy się go w pełni wykorzystać. Miasteczko zostało wybrane przez Barego ze względu na dobry punkt do surfowania, więc po śniadaniu (akurat typowo brytyjskim, w SURF HOUSE przy plaży, gdzie mają sztuczną falę do nauki tegoż sportu; polecamy) i wstępnym rekonesansie kierujemy się na plażę, Bartek w celu surfowania, ja w celu kąpieli wodnej i słonecznej.

Tradycyjne, brytyjskie tym razem, śniadanie. Tak tematycznie.

Woda – ciepła jak zupa, słońce grzeje, lekki wiaterek, żyć nie umierać. Po plażingu spróbowaliśmy robionych w prawie food truck’u BANANA PANCAKE z nutellą. Pycha! Ciasto, z którego pani zrobiła naleśniki, wyglądało jak ciasto do pizzy. Wyciągnęła z przenośnej lodówki kulkę ciasta, pięścią je rozrobiła, a potem podrzucała lekko jak kucharze, formujący pizzę. Niestety nie mieliśmy przy sobie kamery, może uda nam się to nagrać następnym razem!

Wieczorem udało mi się złapać Pana jak robi takie naleśniki. Tylko 60 Bahtów, czyli ok. 6 polskich złotych!

A teraz po tajskiej pysznej kolacji (FOOD MARKET KATA, polecamy, pyszne owoce morza) idziemy się przespać, a jutro zobaczymy słonie!

Pikantna zupa tajska z owocami morza

Bary się zajadał!

Krewetki tygrysie z czosnkiem

Zostaw wiadomość

5 Komentarze on "A może by tak Tajlandia?"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
Olga
Gość
Olga

Jakie jedzonko ladne!

Zosia
Gość
Zosia

Super! Aunas szaro i buro!

LiGre.
Gość
LiGre.

Super.Pozdrawiamy

Patrycja
Gość
Patrycja

Ewka, Bartek, super pomysł! Cieszę się, że dolecieliście 😉 Udanej wyprawy 🙂

Błażej
Admin

Dzięki! Coraz bardziej się w tym utwierdzamy, że to był super pomysł 🙂

wpDiscuz
Bitnami