Gdy świat odlicza…

To całkiem miłe, kiedy cały świat odlicza dni do twojej przeprowadzki. Czuję się trochę jak gwiazda, kiedy skroluję fejsbuka i na co piątej obserwowanej stronie widzę wypisane wielkimi literami: JESZCZE 8 DNI!

No dobrze, może nie cały świat, ale ta jego część, która jest zajarana Grą o Tron. Więc zdecydowana większość.

Przeprowadzamy się w końcu! W dzień premiery nowego sezonu jednego z moich ulubionych seriali (jak ja go teraz obejrzę…). Po 2 miesiącach opuszczamy nasze szalone 20 metrów kwadratowych i tym samym oddalamy od centrum miasta Zurych. I nawet Kicia się cieszy, bo już ewidentnie nie może tutaj wysiedzieć. Codziennie skrobie pod drzwiami i marudzi jak oszalała. Dzisiaj była już chyba mega zdesperowana, bo wydrapała sobie drogę do transportera i spała w nim. EWIDENTNIE łaknie zmian.

Z jednej strony nie chcieliśmy mieszkać w centrum, a z drugiej trochę szkoda się stąd wynosić, bo jak się okazuje miasto ma wiele do zaoferowania, a przy tym jak dobrze mieszkasz to możesz też rozkoszować się niemal wiejską ciszą i spokojem.

Cisza i spokój – zaledwie 40 minut pieszo od naszego mieszkania (i 400m do góry)

W rolach głównych: rodzina łabędzi, czysta woda, paddling i zakochana para (jestem prawie pewna, że nie mieli na imię Jacek i Barbara)

Ostatnio byliśmy na tzw. Welcome Event w Zurychu. To bezpłatne spotkanie, które miasto organizuje dla imigrantów (mniej więcej raz na półtorej miesiąca), którzy chcą się ładnie zintegrować z lokalnym światem. Czyli dla nas! Zaczęło się około godzinną pogadanką, o tym, co miasto ma nam do zaoferowania – czyli: wszyscy są do naszej dyspozycji, zawsze pomogą, możemy się zgłosić do urzędu miasta po poradę odnośnie wszystkiego – jeśli nie będą w stanie mówić w języku, który rozumiemy to wezwą tłumacza, a jak zadamy pytanie, na które nie będą znali odpowiedzi to „znajdą kogoś, kto zna!„. Tacy bohaterowie. A wszyscy oni (w sensie prezentujący) mówili w pięciu językach (angielskim, francuskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim), także WOW. Potem mieliśmy krótką wycieczkę po starym mieście z przewodnikiem (kilka grup w różnych językach), na której okazało się, że właściwie „w d* byli (śmy) i g* widzieli (śmy)” podczas naszych samodzielnych romantycznych spacerków po mieście. Pani opowiedziała kilka ciekawych historii – np. o Zwinglim, czyli reformatorze kościoła katolickiego w Zurychu, który był mega konserwatywnym ziomkiem, za co w końcu ludzie go poćwiartowali i wrzucili do rzeki 1)chociaż jak teraz patrzę to Wikipedia ma na ten temat inne zdanie – i bądź tu, człowieku, mądry. Tak sobie radzą Szwajcarzy. I jeszcze kilka innych historii, z których oczywiście nie zapamiętałam żadnej. Nie no, dobra, pamiętam, że Uniwersytet Zuryski był pierwszym niemieckojęzycznym uniwersytetem, w którym mogły uczyć się również kobiety. Taka ciekawostka. I wiem gdzie wypić najlepszą gorącą i mrożoną czekoladę w mieście. A to chyba najważniejsze!

Grossmünster, tutaj urzędował Zwingli. Zanim był zszedł.

Wieża klasztoru Fraumünster

Największa tarcza zegarowa w Europie. Czy coś. Wskazówki mają po około 6 metrów wysokości!

Nasza Pani Przewodnik opowiada nam o tym jak to W. Churchill po zakończeniu II WŚ miał przemówienie na balkonie tegoż budynku.

Po lewej dobrze widoczny gmach Uniwersytetu Technicznego (ETH), a po prawej, nieco zasłonięty przez wieżę Uniwersytet Zuryski

Orkiestra na moście, który kiedyś pełnił funkcję rynku miasta przygrywała nam utworami z filmu „La la land”. Polecam!

Last, but not least – to tutaj! Najlepsza czekolada w mieście!

Po naszej wyprawie zostaliśmy ugoszczeni przez miasto Zurych drinkami i przekąskami z powrotem w Ratuszu. Całkiem miło, Bary się cieszył. Spotkaliśmy tam nawet jedną Polkę, o dziwo, kto by się spodziewał.

To my z Grossmünster. Świetny kadr, wiem, ale spieszyliśmy się, żeby nie uronić ani jednego słowa z ust naszej przewodniczki!

Oprócz dobrze zorganizowanego miasta, samo miejsce, w którym mieszkamy (jeszcze tylko 8 dni) ma wiele zalet. Niby przy centrum, a pięć minut spacerkiem od nas jest rzeka i coś na kształt rezerwatu przyrody, czyli świetne miejsce do biegania. Chwilę dłużej tamtędy, dochodzimy do ścieżki, która biegnie na górkę Üetliberg, co prawda niską (869 m n.p.m), ale wzgórze ciągnie się na tyle długo, że można przejść nim do sąsiednich miasteczek – próbowaliśmy, bardzo miło!

Idziemy Üetlibergiem do Adliswil. Cicho, przyjemnie i uroczo.

Aldiswil – miasteczko nad rzeką.

Najdalej właściwie mamy do jeziora (20 minut), dlatego też w sumie tak niecierpliwie odliczamy do przeprowadzki (z nowego miejsca będą jakieś 2 minuty). Chciałoby się po tych upalnych dniach, które ostatnio ciągle mamy, wskoczyć popołudniu do jeziora. Właściwie nawet teraz często to robimy, ale ile to wymaga zachodu! No – całe 20 minut drogi. Toż to tragedia.

Romantyczne spacerki

Landesmuseum

Romantyczne spacerki wymagają romantycznych zdjęć – to źródełko wody, których pełno w Zurychu, pochodzi z Paryża, a te podtrzymujące je panie mają jakieś znaczenie, ale za cholerę nie pamiętam jakie… chyba musimy tam iść jeszcze raz…

Kolejnym miłym zaskoczeniem w tym nowym dla nas mieście okazało się darmowe wypożyczanie rowerów. Należy jedynie wpłacić 20 franciszków depozytu za rower oraz okazać dowód osobisty, co czasem może okazać się najbardziej kłopotliwą częścią, bo nie zawsze wiadomo które to imię, a które nazwisko ;). W każdym razie, jak tylko się dowiedzieliśmy o tym cudzie techniki, od razu skorzystaliśmy! I nie bylibyśmy nami gdyby nasza pierwsza wycieczka była krótka i spokojna. O nie! Musieliśmy sobie (a może głównie mi) dowalić 60 – słownie: sześćdziesięcioma – kilometrami dookoła jeziora. No, może nie całkiem dookoła, bo skróciliśmy sobie drogę, zawracając już na moście prowadzącym do Rapperswil. Mniej więcej tak:

Takim to sposobem nie objechaliśmy całego jeziora. Mówi się trudno.

Tak wiem, mapa mówi, że to 3,5 godziny, przecież to nie tak źle. Owszem źle. Moje cztery litery cierpiały, było 30 stopni w słońcu, ścieżka rowerowa była zwykłą drogą dla samochodów, więc przyjemności co niemiara! Ale – byliśmy, zobaczyliśmy, miasteczko Rapperswil bardzo ładne, na pewno tam wrócimy. Tylko może pociągiem. Albo wpław.

Przystanek na posiłek w przyjemnych okolicznościach przyrody. Prawie jak na Lazurowym Wybrzeżu.

Wtedy, kiedy ścieżka nas zaskoczyła i przestała prowadzić przez drogę. To był krótki, acz ładny moment.

Bary-gangster i nasze rowery miejskie w Rapperswil.

Poza odliczaniem dni do przeprowadzki, pracą, nauką języka, męczącymi wycieczkami i romantycznymi spacerami zajmujemy się również ogarnianiem transportu naszego dobytku do nowego mieszkania. Dlaczego, zapytacie, skoro przecież macie wasze niezawodne ładowne kombi? Otóż właśnie nie mamy, albo nie wiemy czy mamy. Bo jak skręca się kierownicą, to całe skrzypi… I cholera wie co to jest i czy się nie rozpadnie przy następnej podróży. A, że w obyczajach szwajcarskich do końca zorientowani nie jesteśmy, to jakoś tak ciężko nam to ogarnąć… Zaczęliśmy od telefonu do mechanika. Tak, tak, on bardzo chętnie pomoże, a co to za marka? A nie, to fordów nie naprawia. Proszę zadzwonić do autoryzowanego serwisu forda. Swoją drogą, ciekawe w takim razie co naprawia, skoro wszystkie marki mają swoje autoryzowane serwisy. Z racji tego, że inne serwisy już były zamknięte (czemu mnie to nie dziwi), zdecydowaliśmy napisać na forum. I skończyło się jak zwykle na forach internetowych, tj. na proste pytanie „czy może ktoś polecić dobrego mechanika? ford mi skrzypi” , zamiast odpowiedzi otrzymaliśmy gotową diagnozę naszej usterki! Nawet niejedną! I to wszystko bez wychodzenia z domu. Można? Można.

Bary relaksuje się nad jeziorem. Jeszcze nie wie, że nie mamy się jak przeprowadzić. Hehe

Czyli na razie auto bezpiecznie stoi w blue zonie, która nie okazała się taką drogą inwestycją jak zakładaliśmy 2) roczne pozwolenie na parkowanie w niebieskiej strefie, w dzielnicy, w której mieszkasz (oczywiście jeśli znajdziesz jakieś wolne) kosztuje tyle, co miesięczna opłata za miejsce prywatne. Tak więc zrobiliśmy matematykę i jakoś bardziej się opłaca. , a my dojrzewamy do chwili wydania milionów szwajcarskich monet w celu naprawy. Nie jest to łatwe, ale staramy się. Natomiast ilość rzeczy do przewiezienia stara się nas motywować.

Mamy jeszcze 8 dni (jak już wszyscy na świecie wiedzą) więc zostało nam jeszcze kupę czasu do ogarnięcia auta. …prawda?

Przypisy   [ + ]

1. chociaż jak teraz patrzę to Wikipedia ma na ten temat inne zdanie – i bądź tu, człowieku, mądry
2. roczne pozwolenie na parkowanie w niebieskiej strefie, w dzielnicy, w której mieszkasz (oczywiście jeśli znajdziesz jakieś wolne) kosztuje tyle, co miesięczna opłata za miejsce prywatne. Tak więc zrobiliśmy matematykę i jakoś bardziej się opłaca.

Zostaw wiadomość

2 Komentarze on "Gdy świat odlicza…"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
Franek
Gość
Franek

Ej, ale przecież objechaliście całe Zürichsee 🙂

wpDiscuz
Bitnami