Ahoj, nowa przygodo!

No dobrze. Minął już ponad miesiąc od rozpoczęcia naszej przygody życia, więc może to dobry moment, żeby wrócić tutaj. Nastała wreszcie chwila spokoju po naszym trudnym początku w roli emigrantów ekonomicznych.

Lekkie rozluźnienie nastąpiło, bo mamy już pozwolenie na pracę. Mamy mieszkanie. Nie to, które było superekstra i PEWNE, ale też ładne. Cóż, nie wszystko da się przewidzieć.
Z tych niepewnych rzeczy to zaskoczył nas samochód, bo stanął na wysokości zadania. Przynajmniej przez pierwszy miesiąc. No ale, do rzeczy.

Nasza kolejna wyprawa ma zupełnie inny charakter niż poprzednia opisywana przez nas tutaj, dlatego nie za bardzo wiem jak się za nią zabrać. Nie chciałam, żeby to się nagle przekształciło w blog o życiu i kłopotach. Może pociągniemy wątki podróżniczo – kulturowe i zobaczymy jak to wyjdzie. W końcu nowy kraj to nowe zwyczaje, kultura i milion miejsc do odkrycia! Potraktuję to po prostu jak kolejną wycieczkę. Tylko trochę dłuższą 😉

Podróż do Szwajcarii była jednym wielkim znakiem zapytania – czy zmieścimy się do samochodu? Czy kot przeżyje podróż? Czy powinniśmy zatrzymywać się na nocleg? W Niemczech czy w Polsce? Ale przede wszystkim – CZY TEN SAMOCHÓD DOJEDZIE????

Dramat, nawet nie wiecie jak bardzo byłam tym wszystkim zestresowana. No dobra, pewnie wiecie. Weekend przed wyjazdem zrobiliśmy dużą imprezę, z której część gości została dłużej i pomogła nam z pakowaniem, dzieleniem, sprzątaniem i zapychaniem naszego auta.

BB: To przecież kombi, wszystko się zmieści!

Otóż nie, Bary, otóż nie. Kiedy w końcu odkryliśmy, że Ford nie jest torebką Hermiony w mieszkaniu zostało jeszcze bagażu na takiego samego Forda a może i więcej. No tragedia. Dramatyczne myśli Co zrobimy? przecież musimy jechać jutro… itp itd. Wyobrażacie sobie.

O. Tyle nam jeszcze zostało…

Na szczęście co osiem głów to nie jedna i with a little help from my friends ustaliliśmy plan działania.

Jeden problem z głowy. Kolejny rozwiązał się wcześniej, mianowicie wiedzieliśmy już, że musimy jechać z noclegiem w Polsce, ponieważ trzeba było odebrać jeszcze jednego uczestnika naszej wyprawy z domu rodzinnego Bartka. Czyli kota.

Jedziemy po kota!

Kot przeżył podróż całkiem znośnie – zero marudzenia, miauczenia, a przecież to było 11 godzin drogi. Ja trochę mniej znośnie, bo jak tylko przekroczyliśmy granicę niemiecką dostałam ataku stresu, że nie dojedziemy, że samochód zawalony, pewnie się zepsuje, że znaki drogowe są zagraniczne, że jaka tu jest dozwolona prędkość itp itd. Przyjemnie. Dla Bartka szczególnie.
Drogi niemieckie szybkie, niestety z milionem remontów, więc musieliśmy często jechać węższym z dwóch wąskich pasów, tuż obok załadowanych tirów. Ja po prostu zamykałam oczy. Mocca też. Bartek niestety nie mógł. Dzielny chłop.

Podróżnicy na przerwie.

Za granicą szwajcarską wszystko jakby nagle zwolniło. 120 km/h to znaczy 120km/h, nie 140 czy 160… zapomnij. Zwłaszcza, że przeczytaliśmy, że jeśli nie zwolnisz do określonej na znaku prędkości, już na wysokości rzeczonego znaku, dostajesz mandat. Niemały . I do tego we frankach. Nie dziękujemy. Jechaliśmy 110. Drogi bardzo spokojne, malownicze i wszystko byłoby super gdyby nie to, że żeby dojechać do naszego tymczasowego mieszkania trzeba było przejechać przez miasto. A, że nawigacja jest miła i sympatyczna i bardzo ufna w nasze możliwości poprowadziła nas przez centrum Zurychu. Ścisłe centrum. Huehe. Mieliśmy do dyspozycji tylko: boczne lusterka, szybę przednią i dwie boczne. Wszystko inne przesłaniał nasz malutki dobytek.

To przez te malutkie skrzyżowania prowadził GPS. A kolorowe przecinające się linie to komunikacja miejska. Ponadto, dodajcie jeszcze jakieś 200 osób. W każdym z miejsc.

Co tam, tramwaje, ludzie (którzy są przyzwyczajeni, że samochody się ZATRZYMUJĄ przed pasami, a nie przejeżdżają im po stopach, dziwni jacyś) no i oczywiście inne samochody. Do tego światła (za przejazd na pomarańczowym i czerwonym świetle – jakiś milion franków), zmiany pasów i co najważniejsze – masa ludzi na rowerach, jeżdżących specjalnie wydzielonymi dla nich pasami (wiem, mega spoko, bardzo mi się to podoba, ale wtedy po prostu modliłam się, żeby oni wszyscy przeżyli).

Prawie stuknęliśmy inny samochód po czym zgubiliśmy wyznaczoną przez GPS drogę. Na szczęście łatwo złapaliśmy jakąś alternatywną (wtedy okazało się jak przydatna jest po prostu mapa drogowa, bo bez internetu mapy google nie wyznaczyły nam innej trasy) i ze spokojem (względnym) dotarliśmy na miejsce.

To my.

To nasz widok z okna.

A to umęczony kot.

Zmęczeni, szczęśliwi i bez reszty wygłodzeni… Ponieważ końcówkę naszych kanapek, jak się okazało, zostawiliśmy na stacji benzynowej gdzieś w Deutschlandzie. Super. Sklepy czynne do 21, nie mamy gotówki. Zamawiamy pizzę! Pewnie, świetny plan.

Uwierzcie mi, najbardziej boli pierwsza kupiona w Szwajcarii pizza. Jedyne 120 PLN. Pozdrawiam, smacznego!

Zostaw wiadomość

2 Komentarze on "Ahoj, nowa przygodo!"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
Karolina
Gość

Haha, czekałam na to😉😁

Anka
Gość
Anka

Witamy na „Zachodzie”! :*

wpDiscuz
Bitnami