Na tropie rekinów

Pięknie! Cudnie! Niesamowicie!!! Takie słowa towarzyszyły nam wczoraj przez cały intensywny dzień. No, może prawie cały…

Woooow! Tak było w środku Banyan Tree

Woooow! Tak jest w środku Banyan Tree

Zaczęliśmy z grubej rury, bo od nurkowania z butlą. Spotkaliśmy się z naszym instruktorem o 9 rano, co okazało się nieboską porą, bo musieliśmy już o 7.30 zaskoczyć Ibbe (naszego kumpla-kelnera) na śniadaniu – zwykle o tej porze przewracamy się jeszcze z boku na bok. Pan instruktor Hiszpan dopasował nam sprzęt i przeprowadził przez podstawy divingu – gdzie wkłada się dozownik tlenu (do buzi), jak oddychamy (przez usta), jak nie oddychamy (przez nos), co zrobić jak wypadnie ci dozownik z buzi (nie panikować) i takie tak różne rzeczy. Pokazał nam też jak komunikować się pod wodą („bo przecież nie ustami, hehe”), czyli co pokazujesz jak jest OK, jak jest nieOK, jak chcesz wyjść itp. Kiedy tak wszystko mówił, wydawało się to proste jak budowa cepa, schody zaczęły się przy ubieraniu i wchodzeniu do wody.

Po pierwsze – ten sprzęt jest megaciężki, zwłaszcza dla tak rachitycznej istotki jak ja (HAHA), po drugie – te wszystkie paski, zapięcia od niego w połączeniu z przylegającym do ciała (zwłaszcza szyi) strojem-pianką budziło we mnie odczucia lekko klaustrofobiczne. Ale wszystko było w miarę pod kontrolą dopóki nie weszliśmy do wody. Ciężar sprzętu oczywiście zmalał, ale doszedł fakt zamknięcia przez maskę nosa. Siedząc sobie w fotelu pewnie myślisz – co ta Ewka przesadza (oczywiście, że przesadzam, wiem to), ale pomyśl sobie, że masz oddychać przez usta. TYLKO przez usta, a nosa nie możesz używać, bo nie. Mi tam było ciężko. Zwłaszcza że klęczeliśmy od wodą robiąc różne ćwiczenia typu – co zrobić jak dozownik wypadnie z buzi i okazało się, że żeby włożyć dozownik z powrotem do ust musisz je najpierw otworzyć. A jak je otwierasz to nalatuje Ci do nich woda. Wtedy nie dość, że masz zatkany nos przez maskę to jeszcze przychodzą ci do głowy myśli (znaczy mi przychodziły) – a co będzie jak teraz się zakrztuszę tą wodą, a nie mam jak oddychać nosem… I nagle poczułam, że za cholerę nie wejdę pod tą wodę. Niestety życie panikary bywa trudne. Musieliśmy wszyscy wynurzyć się na powierzchnię i zaczęło się docieranie do mojej spanikowanej głowy.

Wszystko skończyło się dobrze, bo tak samo jak ja jestem panikarą tak samo mój Mąż ma dość opanowaną głowę i potrafi mi ładnie wytłumaczyć, że przecież sobie poradzę, w każdej chwili mogę wypłynąć, a wypływanie jest bardzo szybkie (pan instruktor Hiszpan potwierdził) i że wcale nie musimy schodzić na głębokość 12 metrów, a zatrzymać się na sześciu – nie brzmiało to pocieszająco. Jak chwilę podryfowałam na powierzchni to stwierdziłam, że jak nie spróbuje to będę żałować i pewnie pozostaną złe wspomnienia i już nigdy tego nie zrobię, więc powiedziałam tylko OK, let’s go. I poszliśmy pod wodę…

Zachód słońca na rozluźnienie atmosfery

Zachód słońca na rozluźnienie atmosfery

Pan Hiszpan stwierdził, że może będę się czuła pewniej jak będziemy płynąć trzymając się wszyscy troje za ręce, co rzeczywiście pomogło. Czułam się co prawda, jak paralityk, bo miałam obstawę z dwóch stron, ale jakoś powoli uspokajałam głowę i starałam się podziwiać to, co widzę. Uwierzcie mi, przekonywanie samej siebie do spokojnego oddechu i myślenie ciągle wdech-wydech-wdech… nie sprzyja podziwianiu rybek, ale było całkiem ciekawie. Fajnie było oglądać rafę, którą widziało się wcześniej z góry podczas snorkellingu, z zupełnie nowej strony. Koralowce od dołu i z boku wyglądają jak piękny podwodny las z kolorowymi rybami zamiast ptaków wirującymi wokół nich. Ze względu na małą głębokość, na której byliśmy przez taflę wody przebijało ładnie słońce i kolory raf i ich podwodnych mieszkańców zapierały dech w piersiach. A może to tylko stres :). Znów spotkaliśmy naszego przyjaciela żółwia i poznaliśmy dwie nowe osobistości – mureny, które jednak nie wyglądały na złaknione czułości (bardziej były chyba złaknione krwi, bo patrzyły na nas lekko groźnie i wypływały z zakamarków pokazując ząbki).

I tak minęło nam jakieś pół godziny pod wodą. Nie wleciała mi woda do nosa, ani do buzi, nie udusiłam się, ani nie zadławiłam, a nawet nie musiałam wypływać ani razu na powierzchnię. Byłam więc dumna. A jak wyszłam, stwierdziłam, że chętnie bym to powtórzyła, bo już wiem „z czym to się je” i mam nadzieję, że czułabym się bardziej pewnie.

Tak wyglądam teraz jak myślę o tym pięknym doświadczeniu. Hehe.

Tak wyglądam teraz jak myślę o tym pięknym doświadczeniu. Hehe.

Bartek oczywiście był zachwycony i zafascynowany, bo dużo bardziej się rozglądał pod wodą i dużo więcej widział niż jego Myśl-Tylko-O-Oddychaniu Żona :). Ale nawet ja patrząca mniej więcej w trzy punkty (przed siebie, pod siebie, na Pana Hiszpana plus ewentualnie jakieś atrakcje typu żółw) zafascynowałam się podwodnym światem i żałowałam, że widzieliśmy tylko jednego rekina i to z daleka. Okazało się, że w obliczu stresu oddechowego strach przed rekinami zmalał prawie do zera 🙂

Nasz Kumpel Rekin (Żarłacz Rafowy Czarnopłetwy)

Nasz Kumpel Rekin (Żarłacz Rafowy Czarnopłetwy)

Po tej wyprawie pełnej przygód stwierdziliśmy, że podwodnego świata nigdy za wiele, więc wybraliśmy się po raz kolejny na snorkeling. A tutaj… kolejne zaskoczenie! Nagle to wszystko co wcześniej przeszkadzało – woda w masce, w rurce – jakoś w ogóle nie stanowi problemu, bo Hiszpan pokazał jak wypychać wodę z maski nie wynurzając się, a wodę z rurki przecież zawsze można wypluć. Wszystkie nowo nabyte umiejętności spowodowały, że czuliśmy się jak syreny i zbadaliśmy rafę w punkcie do snorkelingu nr 1 wzdłuż i wszerz. W pewnym momencie jak się wynurzyliśmy na chwilę, byliśmy tak daleko od flagi oznaczającej korytarz do wpływania jak nigdy wcześniej. Rekin przepłynął raz obok zupełnie blisko i ani ja, ani Bartek przed nim nie uciekliśmy, tylko spokojnie obejrzeliśmy jaką ma ładną skórę w kropki, jakie ciekawe płetwy i w ogóle jaki jest śmiesznie płaski (Barego słowa). Spotkaliśmy kolejne mureny – inne gatunki niż te przy divingu, spotkaliśmy stadko śmiesznych małych pasiastych rybek w kolorze cytryny i wpadliśmy na ogromne błyszczące tuńczyki. Było naprawdę pięknie…

Chwilę przed snorkelingiem.

Chwilę przed snorkelingiem

Na zakończenie tego dnia pełnego emocji Bary, jak to zwykle on, nie mógł sobie odpuścić kolejnych wrażeń. Codziennie personel (głównie gastronomiczny) resortu Kuramathi organizuje sobie mecze, raz piłki nożnej, a raz krykieta dla Lankijczyków i mieszkańców Bangladeszu (poszukiwany ten, kto wie jak ich nazwać). Nasz kumpel Ibbe ze względu na to, że nas lubi, bo uczymy go polskiego, a on nas Dhiveli (język Malediwów) zaprosił Bartka na mecz. Jak można się spodziewać długo nie trzeba było go namawiać.

Grajo chopaki

Grajo chopaki

Mecz był krótki i intensywny. Okazało się bowiem, że 30 stopni cieniu na boisku w pełnym słońcu to całkiem dużo, Malediwczycy (hę??) całkiem dobrze grają, a buty nie do piłki nożnej nie powinny być do niej używane (bo kto by brał ze sobą turfy na Malediwy?). Po 10 minutach gry Bartka na ataku (nawet kilka ładnych akcji przeprowadził z nowym kolegą z drużyny), zostaje on coraz częściej na obronie (gdzie już za dużo do powiedzenia nie miał, bo ziomki wymiatają) i w cieniu. I jakoś tak dziwnie chodzi…

Po meczu dowiedzieliśmy się dlaczego. Buty do chodzenia firmy ALDO, które wg Bartka mają lepszy profil do piłki niż te do biegania, za dużo powietrza nie przepuszczały, więc stopy mego Ziomka się zaparzyły i nastąpiła częściowa utrata skóry w newralgicznych miejscach. Więc snorkelling na dziś mamy załatwiony :))

Pomimo zmartwionej miny Ibbe i rad, żebyśmy poszli do lekarza wszystko okazało się większym bólem niż krzywdą. Żona Ewa ładnie opatrzyła stopy kontuzjowanego sportowca i już dzisiaj całkiem dobrze chodzi. A wczoraj nawet na jednej nodze biegł na zachód, żeby go nie przegapić :)))

Na kolacji zaś został przywitany jak bohater wojenny, eskortowany przez Ibrahima do stolika. Wszyscy kelnerzy pytali nas jak tam, więc chyba historia obiegła już glob ;p

Na deser naszych wczorajszych wrażeń – po zachodzie słońca na ostatnim pomoście na wyspie, kiedy Bary robił skilla w robieniu zdjęć, spojrzałam w pewnym momencie na wodę jakby mnie coś tknęło – a tam tuż pod powierzchnią, machając płetwami jak podwodny ptak płynęła majestatycznie śliczna, szara cętkowana płaszczka! A myśleliśmy, że bez wypływania z wyspy nie mamy szansy ich zobaczyć.

Płaszczka! To to inne szare od tego zwykłego szarego dna

Płaszczka! To to inne szare od tego zwykłego szarego dna

Zabawy z aparatem

Zabawy z aparatem

Efekty zabawy Bartka z aparatem

Zabawy z aparatem wersja romantyczna

Oglądamy gwiazdy

Oglądamy gwiazdy

Wszystko, co dobre, szybko się kończy jak już przekonaliśmy się na Sri Lance. Nadszedł dla nas ostatni dzień na naszej wyspie. Smutno nam, bo żegnamy Ibbe i zostawiamy dużo pięknych, jeszcze nieodkrytych przez nas miejsc i rzeczy do poznania. Smutno, bo kończy się nasza miesięczna podróż poślubna, ale z drugiej strony smutek nie jest taki duży, bo przez ten czas zdążyliśmy się już porządnie stęsknić za wami wszystkimi i za rzeczywistością 🙂 Bo ten cały czas był jak sen 🙂

Pijemy piwo i oglądamy gwiazdy, czyli Bary rozwija pasję fotograficzną

Pijemy piwo i oglądamy gwiazdy, tak na pożegnanie naszej wyspy

Zostaje nam jeszcze mój urodzinowy dzień w Dubaju, więc może jakiś ciekawy post się jeszcze urodzi.

Całujemy, pa!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zostaw wiadomość

6 Komentarze on "Na tropie rekinów"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
Rafał
Gość

miałem coś napisać o tym innym szarym obok tego szarego ale…po przeczytaniu końcówki po prostu mnie zatkało….
Bardzo mi się podoba dzisiejszty fotoreportaż – gratulacje dla fotograf-a(ów).

Oczywiście jak zwykle wam zazdroszczę 😉 Bardzo mi się podobało być z wami tutaj i tam, pozdrawiam 🙂

JolaB
Gość
JolaB

No wiecie co? Mnie też zatkało. Wyspa piękna, ale to co kryje się na ostatnich zdjęciach jest piękniejsze. I oby tak było zawsze. Życzymy równie bajecznego dnia urodzinowego w Dubaju. Cóż ten Bartek wymyślił? Mogę już napisać :Do zobaczenia!

Zofia Wyroba
Gość
Zofia Wyroba

Jesteście wspaniali. Piszecie tak fajnie, ciepło i wzruszająco, że cieszę się szczerze razem z Wami. Ściskam Was oboje, a szczególnie Ewę z okazji Urodzin i życzę kolejnego bajecznego dnia / i nocy/…

Ania & Jacek
Gość
Ania & Jacek

Ewcia, w 100 procentach rozumiem co czułaś, kiedy miałaś zejść pod wodę i oddychać przez usta 🙂 ja podczas moich prób cały czas czekałam na moment, kiedy wleci mi woda do ust :O ale super , że to przezwyciężyłaś! Pięknie tam u Was, czekamy na kolejne wpisy i ściskamy :*

Rejcz
Gość
Rejcz

Lepiej zalowac, ze sie cos zrobilo niz isc w druga strone, brawo Ewka! 🙂 .. Jak sen, dobrze powiedziane.. czekamy na Was!

Isik
Gość
Isik

Niech ten urodzinowy dzień w Dubaju będzie tak wspanialy jak każdy dzień Waszej podróży. Ewuniu, specjalne całuski dla Ciebie. Zdjęcia przepiękne. Pozdrawiamy

wpDiscuz
Bitnami