Surf safari

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem SAFARI. Około 12 zapakowaliśmy się do jeepa i pełni nadziei spotkania lamparta w Parku Narodowym Kumana ruszyliśmy w drogę!

DCIM104GOPRO

My w jeepie

Zanim dotarliśmy na miejsce Pan Kierowca zawiózł nas do (jeszcze jednej na tym wyjeździe) świątyni w skale, ale za dużo się o niej nie dowiedzieliśmy, bo pan za dobrze po angielsku to nie mówił, więc nie do końca rozumieliśmy co chce nam przekazać. Jedyne co, to że ta jaskinia jest stara i naturalna, w środku jest Budda (zaskakujące), a sufit jest jakiśtam. Może biały? Wspięliśmy się też z nim na wysooką skałę z jakimś dziwnym (pewnie też świętym) walcem na środku przepasanym flagą. Nieważne co to było – widoki były ładne, a po drodze spotkaliśmy dużo black-faced małp, więc dla mnie bomba.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Black-faced małpa

W parku narodowym otrzymaliśmy przymusowego Przewodnika-Wolontariusza, który pomimo, że Bartek starał się jak najbardziej zrozumiale przekazać, że NO MONEY mu nie damy, usilnie coś wygadywał, co znowu do zrozumiałego angielskiego nie należało i wsiadł z nami do jeepa. Fajnie w sumie, że był, bo wypatrzył trochę zwierząt, które byśmy przeoczyli (szczególnie krokodyle), ale z tym też po angielsku za bardzo się nie dało dogadać. Przewodnik bez znajomości języka – polecam!

Jedno trzeba mu oddać – zabrał nas w jedno superfajne i superstraszne miejsce. Wyszliśmy z jeepa i poszliśmy ścieżką prowadzącą z daleka od głównej drogi i naszego bezpiecznego auta. Na końcu drogi były duże skały i jaskinia – dom niedźwiedzi (na Sri Lance jedyny gatunek to tzw. wargacz) i Przewodnik-Wolontariusz upierał się, że teraz są w środku… strasznawe, ale bez przesady, bo wyczytałam, że ten gatunek rzadko zabija zwierzęta, to może by i nas tak od razu nie wymordował. Zaczęliśmy okrążać skały i robiło się coraz dziwniej, bo nasz P-W i Pan Kierowca uzbrojeni w kije szli bardzo cicho i skradali się przed każdym zakrętem, żeby zobaczyć, czy nic tam nie ma, co chce nas zjeść. Ja tam już zaczęłam lekko panikować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Odcisk łapy lamparta, wg P-W, ale dla mnie coś jakby za mały?

A potem zaczęły się ślady – ślady niedźwiedzia, lamparta, ślady zabijania i ciągnięcia po ziemi ofiary, która okazała się małpą. Potem ją zobaczyliśmy w legowisku tej Maszyny do Zabijania Małp i Na Pewno Ludzi Też. Chodźmy już stąd – to mówiły moje biedne oczy. Wiem, bo widziałam jak P-W się ze mnie śmieje. Ale to, cholera, nie było śmieszne! Jak byliśmy w jeepie, to cały czas liczyłam na to, że jakiś lampart się pojawi, ale w tych skałach myślałam tylko o tym, żeby był w drugim końcu parku popijając spokojnie wodę ze strumyka. Może był, a może nie, w każdym razie wróciliśmy do jeepa żywi.

Z emocjonujących momentów to:

  • zobaczyliśmy jakieś siedem słoni, które były śmieszkami i machały trąbą przy zjadaniu roślin wodnych – uroczo 🙂
  • namierzyliśmy stawek krokodyli – było ich z dziesięć!
  • widzieliśmy dużo ładnych ptaków (Painted Stork, Hornbill, Green Bee-eater)
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słooonie!

Oprócz tego bawoły:

  • bawoły w błocie
  • bawoły na lądzie
  • bawoły w wodzie
  • bawoły z ptakami na grzbiecie
  • bawół w sztucznym zbiorniku wodnym
  • bawoły z małymi bawołkami
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bawół z małym bawołkiem się posilają

Dodatkowo:

  • jelenie (konkretnie spotted deer Sambar)
  • dzikie świnie
  • pawie
Tam z tyłu było dużo ptaków

Tam z tyłu było dużo ptaków

Na koniec Pan Kierowca zabrał nas do bardzo dziwnej tamilskiej świątyni z neonowymi obrazami. Co ciekawe przed każdą świątynią buddyjską do tej pory stały znaki dotyczące odpowiedniego ubioru Pań i Panów, tutaj ten znak dotyczył tylko Pań… a Panowie pomykali po świątyni bez butów, owszem!, ale i bez koszulek. I nie było to nie na miejscu.

Kolorowe ozdoby sufitu w świątyni

Kolorowe ozdoby sufitu w świątyni

Podziwialiśmy jeszcze po drodze zachód słońca, a potem to już tylko droga, trzęsący się jeep, wiatr i my.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Taki zachód

A w Arugam okazało się, że przegapiliśmy niezłą ulewę. Może uda nam się obyć bez deszczu na tym wyjeździe? 🙂

Dzisiaj Bary ruszył na podbój fal po raz drugi i nauczony doświadczeniem rozłożył swoje wojaże na dwa etapy – poranny – 8.30-10 oraz wieczorny – 16.30-18.30. Poznał nowe miejsce dla bardziej zaawansowanych oraz wypożyczył inną deskę (bo pewnie przez to, że ona jest niedopasowana to mi nie idzie). Otóż – punkt dla zaawansowanych może i miał lepsze fale, ale trzeba było mieć też lepsze umiejętności, żeby je złapać – np. umiejętność skręcania. Oprócz tego, trzeba mieć buty do pływania, bo na dnie są tam ostre koralowce. Do tego przyczynił się bardzo miły pan Riczard, który zaczepił nas po drodze szykujących się do surfowania i powiedział, że mamy podejść kawałek dalej i tam powiedzieć jego ziomkom, że on pożycza Bartkowi swoje buty, żeby mógł spokojnie posurfować. Miły człowiek. Panowie byli trochę zdziwieni, ale nie protestowali.

Bary surfer

Bartek surfer

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ewa plażowiczka

Nauczył się Bartek też nowej zasady – Jak ktoś już złapie fale, to nie możesz mu przeszkadzać. Odczuł tę naukę na własnej skórze, kiedy zderzył się z gościem, który Bartka upatrzoną falę już złapał. Ale ładnie się przeprosili i nikt urazy nie chował.

Po wielu próbach i upadkach Bary stwierdził, że najlepiej się uczy z leżaka

Po wielu próbach i upadkach Bary stwierdził, że najlepiej się uczy z leżaka

Ja również dzisiaj nauczyłam się nowej ciekawej rzeczy – magicznej mocy słowa mąż.

Pan Surfer: Hej, jak leci?

EB: A spoko.

PS: Skąd jesteś, z Niemiec?

(dzięki…)

EB: Nie, z Polski

PS: Który dzień na Sri Lance?

EB: Dwunasty?

PS: Oo. Śliczna jesteś, jak masz na imię?

EB: A dziękuję, ale wiesz co, idę tam do męża i nie mam za bardzo czasu.

PS: O, masz męża…

I jeszcze – ile więcej zdjęć sobie ze mną robią jak jestem sama. Czułam się jak gwiazda filmowa siedząc na plaży i czytając książkę, podczas gdy Bartoszek zdobywał nowe fale (które, nie da się ukryć, nie przychodziły, więc tylko sobie dryfował). Była pani w hidżabie, która do zdjęcia z jej synkiem poprosiła żebym zakryła strój kąpielowy chustą, a na koniec zrobili mi fotkę z całą rodzinką kobiet w kolorowych sari. Było bardzo miło, bo malutka dziewczynka u swojej mamy na rękach zaczęła mi dotykać rękami twarzy i była całkiem zafascynowana 🙂

Ten miły dzień zakończyliśmy pozytywnym akcentem wizyty w punkcie pierwszej pomocy, ponieważ od naszego cudnego safari nie mogę przestać się drapać. Dostałam leki przeciwalergiczne i jestem spokojniejsza, bo w wyobraźni już chorowałam na trąd i szereg innym straszniejszym chorób.

Jutro ostatni dzień w Arugam, ciekawe co nam przyniesie 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Zostaw wiadomość

3 Komentarze on "Surf safari"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
LIGRE
Gość
LIGRE

A Ty córcia też masz zdjęcia z tymi paniami?
A Bartek uczy się sportów jak Twój tatuś 🙂 Zawsze mówił, że jak się napatrzy, to już wszystko umie, a tylko z pływaniem mu nie wychodzi, bo słabo widać :)))

Pakery
Gość
wpDiscuz
Bitnami