Odcięci od świata

Cicho tu u nas, bo od czwartku do niedzieli byliśmy dosłownie i w przenośni na Końcu Świata. Na bazę noclegową w Hill Country wybraliśmy miasteczko Ohiya i guesthouse Hill Safari Eco Lodge. Można by się zastanawiać skąd ta nazwa… ale jak dojechaliśmy na miejsce wszystko stało się jasne. Są wzgórza, jest safari 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Hill Safari

Na dworcu odebrał nas Pan z guesthouse’u i wrzucił z naszymi kompaktowymi walizkami do tuk-tuka. Zaczynało się robić ciemno (małe opóźnienie naszego pociągu) a droga wiodła przez góry i lasy, więc jak można się domyślić Ewa nie była najbardziej zrelaksowaną osobą na świecie. Końcówka drogi była hitem. Właściwie ciężko to nazwać drogą – nierówny uklepany piach z wystającymi kamieniami wielkości małych arbuzów. Bądź tu mądry i nieś walizki, bo droga jest w remoncie i tuk-tuk staje pół kilometra przed miejscem docelowym. Guesthouse wyszedł nam naprzeciw, bo wysłał po nas ekipę przeprowadzkową – trzech lokalsów bez butów i zębów, zapewniających nas, że są z Hill Safari i nam pomogą. Miałam już w głowie dramatyczną wizję, że wyprowadzają nas z naszymi bagażami gdzieś w te chaszcze i każą oddać wszystkie pieniądze. Dobrze, że Bary zachował zimną krew i uspokoił mnie, że poznaje te tereny i oni na pewno mówią prawdę. No okej. Załadowali walizki na głowy i ruszyliśmy.

Panowie bagażowi

Panowie bagażowi

Miejsce okazało się spokojną ostoją wśród pięknych widoków, które mogliśmy podziwiać już od rana przez naszą szklaną ścianę naprzeciw łóżka. No cudnie. Z ciekawostek: niedaleko znajdowała się lankijska wioska odcięta zarówno od świata jak i od turystów – używają studni, kąpią się w strumieniach, mają jeden mały sklepik, w którym są tylko przyprawy, ziemniaki, cebula, czosnek i herbaty, a ludzie kiedy zobaczą białego człowieka uśmiechają się, machają i krzyczą Hello! lub „Skul pen?” (to dzieci), a większości wydaje się, że zabłądziłeś i proponują swoją pomoc.To zupełnie inna Sri Lanka od tej, którą poznaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzieci pozują Bartkowi do zdjęcia

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kawałek wioski

Oprócz relaksu i zwiedzania okolicy pojechaliśmy (jednym z CZTERECH tuk-tuków w okolicy) do parku narodowego Horton’s Plains, aby zobaczyć prawdziwy Koniec Świata – World’s End. Spotkaliśmy też ciekawe osobistości – patrz niżej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stado sambarów

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Równiny Horton’s Plains

DCIM104GOPRO

My na Końcu Świata

Krajobrazy ciekawe – wszędzie rododendrony, a nie krzaki herbaty, jak wcześniej.

Fascynujące są pory posiłkowe tutaj na Sri Lance. Pensjonaty zwykle oferują śniadanie – koło siódmej rano oraz obiad – koło siódmej wieczorem. W innych miejscach jakoś nie było to problemem, bo łatwo udawało się wyskoczyć do miasta na lunch, ale w tej dziczy jakoś nagle… stało się kłopotliwe. Ani sklepu ani nic do jedzenia ze sobą nie mamy. Pytamy gospodarza, który owszem zaoferował nam lunch w postaci… nudli – takich klusek jak z zupki chińskiej napęczniałych wodą, i ketchupu. Zdrowa dieta jak się patrzy.

Najciekawsza z tego wszystkiego była ostatnia noc. Wtedy to właśnie… ktoś zjadł nam mydło. Albo coś, co bardziej prawdopodobne. Usłyszałam szelest w środku nocy jakby coś dobierało się do papierowych i foliowych torebek.

EB: Bary, coś tu chodzi!!

BB: To wiatr, kochanie, śpij

EB: No mówię ci, że nie, weź posłuchaj przez chwilę!

BB: No, przestań, to wiatr..

EB: Milcz i słuchaj

….. szurumburum coś szeleści jak w mordę strzelił

BB: Ej, rzeczywiście. Zapal światło.

EB: Ni cholery, ręki nie wyciągnę poza łóżko!

BB: No weź, ja nie sięgnę

EB: Nie ma opcji!

BB odpala latarkę w telefonie i świeci po pokoju, szelest ucicha.

Zestresowani idziemy spać.

Rano robimy inspekcję pokoju i odkrywamy co następuje:

  • nie ma mydła
  • śmieci z łazienkowego kosza na śmieci znajdują się za szafą w sypialni

NIE MAM PYTAŃ.

Mieliśmy wyjeżdżać w niedzielę popołudniu, ale ze względu na fascynujące opóźnienia pociągów, jak i mało zachęcającego w obyciu właściciela guesthouse’u zmieniliśmy popołudniowy na poranny pociąg do Ella (tylko trzecia klasa!), żeby dojechać za jasności. Kosztowało to nas aż dwa polskie złote.

Na stacji jest tylko jeden peron – super, nie będziemy musieli biegać po dworcu z naszym podręcznym bagażem. Wszystko dobre, szybko się kończy, więc nasza radość poszła w las. Kupując bilet, Bartek dowiedział się, że pociąg podjeżdża z drugiej strony. Ale jak z drugiej strony? Toż tam nie ma peronu tylko ogrodzenie i tory…

No nic. Siedzimy, czekamy… 20 minut przed czasem jedzie pociąg. Myślę, aaa, nakręcę jak wjeżdża. Pewnie tylko przejeżdża, bo jedzie drugim torem.

BB: Ewa, wstawaj, to nasz pociąg!

EB: ale jak to?

Szybko się zebraliśmy i wspomagani przez Czechów wsiedliśmy ze środka torowiska do pociągu… Jazda na początku była bardzo fajna, bo mimo, że z Czechami jechaliśmy w 6tkę w przejściu, to przyjemnie się gadało i jakoś 3 klasa nikomu nie przeszkadzała. Do czasu.. Szybko się okazało, że pociąg co chwilę zatrzymuje się na stacjach, na których oprócz tego, że stoi po 15-20 minut, to dosiadają się kolejni ludzie i nasze przestronne przejście zamieniło się w koncert Metallici w Golden Circle bez muzyki (czytaj: było nas dużo i było ciasno, a nie wszyscy ładnie pachnieli). Po 3-godzinnej jeździe z uśmiechami na twarzy wysiedliśmy na stacji Ella!

Pociąg do Ella, trzecia klasa

Pociąg do Ella, trzecia klasa

Stąd Was pozdrawiamy i niedługo coś o Ella poopowiadamy 🙂

Zostaw wiadomość

4 Komentarze on "Odcięci od świata"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
pakery
Gość
pakery

Ale czad!! A wy, trenujecie już dźwiganie na głowie? 🙂 Dawno nic nie było o jedzonku, a Ewa na zdjęciach jeszcze szczuplejsza.. Co tam jecie? 🙂

Isik
Gość
Isik

Widzę, że przygody z pociągiem Was nie opuszczają. Pozdrawiam

AWMN
Gość
AWMN

Wasze relacje z podróży czyta się prawie tak jak reportaże Kapuścińskiego – z dużym zainteresowaniem. Pozdrawiamy.

wpDiscuz
Bitnami