Kandy pod znakiem KFC

Chwała Bogu za naszego gospodarza z Dambulli, bo gdyby nie on w życiu nie wsiedlibyśmy do autobusu do Kandy.

Liczba ludzi, tuk-tuków, samochodów i mijających nas stojących na przystanku autobusów była oszałamiająca. Ta wizja mnie obezwładniała, a co dopiero pomysł wsiadania do jadącego autobusu z dwiema dużymi walizkami. POWODZENIA.

Gospodarz udzielił nam wskazówek typu: „musicie krzyczeć do kierowcy KANDY KANDY KANDY! to wtedy was zabierze, no chyba że nie będzie jechał do Kandy” Aha. Sensownie. Na szczęście poczekał z nami na kolejnego busa i mogliśmy jechać. Znaczy kto mógł, ten mógł, bo Bary ledwo wskoczył po tym jak przekazał walizki asystentowi kierowcy. Jednym słowem – wsiadanie do jadącego autobusu – zaliczone! Ale i tak nie przebije wyskakiwaniawalizką na kółkach z ruszającego busa (spokojnie, Ada, akurat nie z Twoją :D)

Można jeździć publicznym transportem z walizkami po Sri Lance? Można!

Można jeździć publicznym transportem z walizkami po Sri Lance? Można!

Złaknieni innych smaków niż dotychczas, specjalnie, żeby podzielić się wrażeniami z Gajusem, udaliśmy się do lankijskiego KFC. Jak wszędzie w tym kraju, i tutaj nie obyło się bez przygód.

BB „co byś zjadła?”

EB „ja to chyba jakiegoś wrapa z frytkami”

BB „czyli mówisz taki zestaw wziąć?”

EB „no.. tylko nie wiem czy się najesz..”

BB „hmm, to może jakiś kubełek, ten wygląda ciekawe.. jakaś lokalna nowość, co myślisz?”

EB „no chcę, żebyś się najadł to może być i to”

(BB podchodzi do kasy)

BB „na ile osób jest ten zestaw?”

K *liczy na palcach i wydaje się, że wskazuje na 4*

BB „czy na dwie będzie ok?”

K „ok”

No, talerzyki były dwa… porcja trochę większa – po kolacji został nam jeszcze jakiś kilogram ryżu 🙂

dav

Ewa delektuje się kurczakiem

Po najedzeniu się do syta, wyglądało jakby jedzenia w ogóle nie ubyło. Kurczak w panierce był bardzo smaczny, jak dla nas nawet lepszy niż w Polsce, a towarzyszące mu ostrawe, niespotykane w innych KFC sosy, jeszcze zwiększyły jego walory smakowe. Niestety ryż odstawał od lokalnego poziomu…

dav

Lankijskie menu w KFC

Z turystycznych atrakcji odwiedziliśmy Świątynię Zęba (zęba Buddy) i Muzeum Buddyzmu, gdzie odpoczęliśmy trochę od hałasu i naciągania na co tylko się da – a to wszystko oczywiście boso (a Bary nawet w kiecuni).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bary w kiecuni

Zwiedzanie jak zwiedzanie, szału nie było, ale warto było tu przyjść chociażby po to, żeby zobaczyć pobożność i pokorę buddystów oraz miejsce spoczywania zęba Buddy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Buddyści podczas modlitwy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miejsce spoczywania zęba Buddy

Etap zwiedzania ruin, budynków itp. zakończyliśmy świetnym shakiem oreo-bananowym oraz frappuccino i wycieczką dookoła jeziora. Przed nami pozostało już tylko obcowanie z naturą, więc kolejne dni zapowiadają się mega ciekawie 😀

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Żona z jeziorem w tle.

Zostaw wiadomość

6 Komentarze on "Kandy pod znakiem KFC"

Powiadom o
avatar
Sortuj według:   najnowsze | najstarsze
LIGRE
Gość
LIGRE

Porcja niczego sobie,jak na naszą rodzinę przystało :-))))
Pozdrawiamy.

LIGRE
Gość
LIGRE

A gdzie te zdjęcie spodni ze słoniami.Doczekamy się?

JolaB
Gość
JolaB

Bartek nie poradził sobie z tą porcją? Dziwne!☺Po tej fotce w sukienusi, myślę że wyhaczą go do Mediolanu. Pozdrawiamy cieplutko.

Jadzia
Gość
Jadzia

Porcja w sam raz dla Bartka, który przecież „je mało, tylko często” hehe:) fajny T-shirt, pozdrowienia:*

Pakery
Gość
Pakery

Błażej, spoko kiecka!
Ewa ma szczęście wypisane na twarzy! 😀
(i nie mówię tu o zdjęciu z kurczakiem…)

pakery
Gość
pakery

Ada odetchnęła z ulgą, pozdrawia walizkę 🙂 Piękni jesteście tacy podróżniczy!

wpDiscuz
Bitnami